Przez większą część mojego życia, po otwarciu szafy, znikałam w świecie czerni, bieli i ewentualnie wszelakich odcieniach szarości. Dopiero niedawno, do mojej garderoby wkradło się trochę koloru. Biel i czerń oczywiście pozostały, ale ten szary światek rozjaśnia teraz zieleń, błękit, pomarańcz a nawet róż! Intensywny róż! Moje Ja nigdy nie współgrało z kolorami, ale ostatnio moja "szalona" natura popuściła wodze fantazji i zaopatrzyła się w kolory, które dojrzewały w mojej szafie. Dojrzałam więc i ja do ich przywdziewania i co więcej poczułam się smakowita, niczym dobre wino. Dobre, dojrzałe, różowe wino, koniecznie musujące! Puszczając więc bąbelki nosem, zastanawiam się czy całe to barwne zamieszanie nie wynika z faktu, że istoty kolorowe postrzegane są jako bardziej szczęśliwe i otwarte na świat, niż smutasy opatulone czarnymi płaszczami. Ile w tym prawdy, ja nie wiem i choć z czarnego płaszcza rezygnować nie mam zamiaru, to może moja podświadomość sięga po kolory, aby wprowadzić do mojej szafy więcej szczęścia, czy też to szczęście bardziej otwarcie manifestować... I nawet jeśli ta teoria jest kompletnie sensu pozbawiona, ja uwierzyłam w kolory, a różowe wino smakuje mi jak nigdy wcześniej ¡Salud!
niedziela, 7 grudnia 2014
niedziela, 23 listopada 2014
Śnieżnobiała, niewinna mała!
Czy biała koszula musi być nudna? Nie musi, ale często jest. I choć kojarzy się głównie z okupionymi męką egzaminami, bezowocnymi, okraszonymi łzami rozmowami kwalifikacyjnymi, a wreszcie i nawet długimi, mozolnymi posiedzeniami w pracy, to przecież tylko biała, niewinna koszula. Nie musi więc wcale kojarzyć się negatywnie. Co więcej, przy niewielkim nakładzie energii może stać się niezastąpionym składnikiem wielu zestawów idealnych na każdą okazję. I choć każdy te głoszone przeze mnie mądrości zna, ja wciąż i każdego dnia z uwielbieniem wręcz podziwiam metamorfozy, jakie potrafi przechodzić to śnieżne maleństwo. Oczywiście bez szaleństw, bo ja zdecydowanie fanką ekstrawaganckich kombinacji nie jestem i nawet Ona tego nie zmieni. Jestem przede wszystkim panią pracującą i szaleństwo nie chodzi tu w grę, ale na szczęście szaleństwo od nudy dzieli jeszcze kilka kroków. A jak Wy najczęściej nosicie swoje białe koszule?
sobota, 15 listopada 2014
"Zaopiekuj się mną" Dorothy Koomson!
5/5 świetna!
Już po pierwszych kilkudziesięciu zdaniach, które pozwoliły mi wkroczyć w świat Kamryn i Adel zderzyłam się z dość przeciętnym schematem kobiety zdradzającej najlepszą przyjaciółkę z facetem tej ostatniej. Byłam więc prawie pewna, że nie zostanę zaskoczona, oczarowana ani nawet zadowolona z lektury. Myliłam się jednak. Okrutnie. Ale takie pomyłki moje nadwyrężone ego potrafi znieść z całkiem dużą dozą przyjemności. Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że w taki sposób naprawdę mylić się lubię.
Kamryn i Adel łączy wyjątkowa przyjaźń, a wszystko zmienia jedna niewłaściwa decyzja. Zdradę ciężko wybaczyć, ale zdrada dwóch najbliższych osób nadweręża, a nawet łamie uporządkowany, bezpieczny świat. Kamryn stara się więc zacząć życie od nowa, całkowicie zrywając z przeszłością. Pewnego jednak dnia dostaje list od dawnej przyjaciółki. Adele, śmiertelnie chora, błaga o opiekę nad swoją córeczką. Dla zdradzonej kobiety, która nigdy nie chciała być matką, to najtrudniejsza decyzja w życiu. Tym bardziej, że dziewczynka jest owocem miłości dwóch osób, z których zdradą wciąż się nie pogodziła...
piątek, 7 listopada 2014
Męski pierwiastek!
Zawsze podziwiałam mężczyzn. Ich zdecydowanie, stanowczość, koncentracje na jednej tylko czynności i niedbałość o szczegóły... To, że rzadko słuchają o co się ich prosi, że często z ich ust padają bezzasadne słowa "Przecież mi tego nie mówiłaś" i, że ich myśli bywają irytująco monotematyczne. Najbardziej jednak podziwiam w nich umiejętność szybkiego szykowania się. Pięć minut w łazience, ta sama koszulka i już zgłaszają gotowość do podboju świata. Nie muszą nawet używać grzebienia! Właśnie tej szybkości zazdroszczę płci męskiej najbardziej. Bez złośliwości. I choć wcale nie chcę w mężczyznę się przemienić, to zawsze mogę do niego spróbować się upodobnić. Postanowiłam więc zacząć od głowy. Dokładniej od czapki. Zakupiona w dziale dla panów nie dodała mi jednak zbyt dużo męskiej szybkości, choć pozwoliła zaoszczędzić czas na układaniu fryzury. Eksperyment się udał, ale wynik porażający nie był. I mimo, że z czapki zrezygnować nie mam zamiaru, postanawiam ostatecznie w pełni pozostać kobietą. Z kobiecą głową, kobiecymi zachciankami i kobiecym podejściem do życia. Bo życie z mężczyznami jest dużo ciekawsze, gdy patrzymy na nie z damskiej perspektywy.
sobota, 1 listopada 2014
"Syn" Jo Nesbo - miało być tak smakowicie...
3/5 dobra
Bombardowana zewsząd nazwiskiem Jo Nesbo pobiegłam w podskokach zakupić jego dzieło. Zaopatrzyłam się w Syna z uśmiechem na twarzy i z jeszcze większym przejęciem zagłębiłam się w lekturę. Z każdą stroną mój klauni uśmiech malał, upodabniając mnie coraz bardziej do przeciętnego człowieka, a książka, w której pokładam nieograniczone pokłady nadziei, przemieniała się coraz bardziej w przeciętny thriller. Moje wygórowane oczekiwania sprawiły, że spadłam z hukiem, boleśnie zderzając się z dobrą, acz nie rewelacyjną książką. Skąd tak duże rozczarowanie? Zastanówmy się...
niedziela, 26 października 2014
Jesień! Po prostu!
Jesień, wbrew swej barwnej niewinności, potrafi wywołać burzę. I nie chodzi o burzę z piorunami, która jest niepodważalną domeną lata. Potrafi po prostu (z)burzyć harmonię nawet najzgodniejszego duetu. Mowa oczywiście o relacji modelka-fotograf, którzy przecież muszą współdziałać w pełnym porozumieniu, aby stworzyć wyjątkowe dzieło. Jak jednak niepozorna i niebędąca wybitną modelką dziewczyna może wygrać z urokami panny jesieni? Nie może! Dlatego też zostaje odsunięta na dalszy plan na korzyść niezwykłych, jesiennych kształtów. A co najdziwniejsze, dziewczyna wcale nie chowa urazy, bo przegrana z taką przeciwniczką wcale porażką nie jest. Można czuć lekką zazdrość dla niezwykłych, modelingowych zdolności jesieni, ale po obejrzeniu efektów znikają wszelkie negatywne uczucia - jesień jest piękna! I nie jest tylko pięknym dodatkiem. To ona króluje na zdjęciach, a dziewczyna tworzy dla niej tło i do tego dość marne. Na szczęście idzie zima, a na tle szarych ulic, łatwiej odzyskać blask. Na razie jednak o zimie sza! a do podziwiania pięknej, jesiennej uczty zapraszam serdecznie, bo ta pani naprawdę urzeka!
środa, 22 października 2014
Trauma, która nie wywołała we mnie traumy!
5/5 świetna!
Uleganie promocjom nie jest moją słabością. Raczej racjonalnie podchodzę do tego typu okazji, jednak ta zasada zdecydowanie nie dotyczy książek. Dlatego, gdy pewien czas temu Empik kusił promocją trzy w cenie dwóch, wpadłam w szał zakupów i... nie mogłam nic wybrać. Było tak wiele książek, którymi chciałam się zaciągnąć i w których chciałam się pogrążyć, że ostatecznie wybrałam trzy przypadkowe, które na liście pt. "Muszę, chcę i pragnę przeczytać" nie tylko nie górowały, ale nawet nie widniały. Wśród wybrańców pojawiła się również przypadkowo pochwycona Trauma duetu Erik Axl Sund i to do tego druga część tej serii. Nie mam w zwyczaju czytać od końca, ani nawet od środka, a jednak się skusiłam i decyzji nie pożałowałam.
niedziela, 12 października 2014
Jesienna zieleń!
Zakup spodni to dla mnie istna tortura, bardziej przypominająca przeprawę przez tropikalną dżungle, niż radosne pląsanie w galerii handlowej. Zwłaszcza gdy zmierzam do centrum rozpusty z bardzo konkretnym zamiarem zaopatrzenia się jedynie i wyłącznie właśnie w tę część garderoby. I choć naprawdę nie dysponuję pakietem wygórowanych wymagań, po
długich godzinach powiększającej się rozpaczy, tysiącach przemierzonym
kilometrów oraz setkach naciągniętych na siebie nieodpowiednich pantalonów, wychodzę załamana i co najgorsze, z
pustymi rękami. Wówczas dochodzę do wniosku, że dzieło Matki Natury pozostaje w niezmiennej sprzeczności z wizjami projektantów tworzących dla sieciówek. Bo jak spodnie jednej długości mogą pasować na krasnala moich rozmiarów jak i na rasową koszykarkę? Jak dziewczyna, która cieszy się gabarytami Kim Kardashian ma znaleźć jeansy, które zechcą otulać nie tylko jej pokaźne siedzenie, ale także i talię? A co ma począć tak biedna istota jak ja, będąca uosobieniem obu tych przypadłości? Odpowiedź jest smutna i krótka - może liczyć jedynie na przypadek. I choć nawet i przypadek nie gwarantuje satysfakcji, tym razem niebiosa zlitowały się nade mną. Znalazłam spodnie! Dobre spodnie! Z radości, aż zaniemówiłam. Zostawiam Was więc bez słów, ale ze zdjęciami. Miłego więc!
niedziela, 5 października 2014
"Coś pożyczonego" Emily Giffin, czyli do trzech razy sztuka.
5/5 świetna!
Nie, wcale nie doznajecie swoistego deja vu. Niezaprzeczalną prawdą jest, że od miesiąca czytam, mówię i piszę głównie o Emily Giffin. Zaczęło się od Pewnego dnia, następnie był Ten jedyny, a przygoda z każdą z tych książek wiązała się ze skrajnie odmiennymi emocjami. Te spotkania z książką przypominały szaleńczą, acz zmysłową jazdę na karuzeli - raz euforycznie królowałam szczęśliwa w górze, by już za chwilę spadać, z wyrazem rozczarowania a nawet znudzenia na twarzy. Na szczęście jednak, po ogromnym rozczarowaniu jakim był dla mnie Ten jedyny, sięgnęłam po kolejne twory tej autorki i znów odczułam znajomą błogość, radość i spokój, które towarzyszą mi w czasie przygody z dobrą, kobiecą literaturą.
Kolejne dziecko Emily, czyli Coś pożyczonego, zaabsorbowało mnie całkowicie. Zaangażowałam się bez pamięci w ten trudny świat i miłosne dylematy głównej bohaterki, które naprawdę nie należą do najłatwiejszych. Ciężko
nawet wyobrazić sobie jak czuje się kobieta, która pewnego ranka budzi
się u boku narzeczonego swojej najlepszej przyjaciółki. A jeśli do tego
okazuje się, że oboje są w sobie zakochani od wielu lat? Jak należy postąpić w tej sytuacji? Czy wybrać wielką miłość, czy wieloletnią przyjaźń?
piątek, 26 września 2014
Nocna odsłona czerwonej pomarańczy.
Otwieram oczy, zamykam, przecieram, robię zeza i w dalszym ciągu nie dowierzam temu co dostrzegam zza moich pokaźnych rozmiarów szkieł. Widzę niewiastę w butach na wygodnym obcasie i koszuli barwy dojrzałych, czerwonych pomarańczy i myślę - to nie mój świat. Lustruję ją dokładniej i dalej nie potrafię dostrzec w niej siebie. I wcale nie chodzi o obcasy, które w harmonijnej zgodzie z moimi stopami żyją jedynie w pracy i od święta, a bardziej o pomarańcze, które zdecydowanie chętniej konsumuję niż ubieram. Kolor ten nigdy jeszcze nie zagościł w mojej szafie. I choć coraz częściej ujawniam moją szaleńczo dziką naturę decydując się na zakup rzeczy odbiegających kolorystycznie od nieśmiertelnej czerni i bieli, pomarańcz jeszcze nigdy mnie nie uwiódł. Aż do ostatniego razu. Pełna sprzecznych uczuć, krytycznym okiem długo kontemplowałam swoje odbicie w lustrze, by wreszcie jednoznacznie stwierdzić, że popadłam w pomarańczowe szaleństwo. I choć nadal nie jestem pewna czy pomarańcz to mój kolor, to jednak poddałam się tej pokaźnej dawce soczystości i wcale nie zamierzam na jednym owocu poprzestać. Czekajcie więc na większą dawkę witamin!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









