niedziela, 8 stycznia 2017

Mariaż. Odcinek 3: suknia ślubna w ruch!

   

   Ostatni ślubny post wyszedł spod moich palców w listopadzie 2015 roku. Czy to jakaś pomyłka? Nie, to po prostu moja niechęć do ślubnego działania. Na wszelakie pytania dotyczące weselnych przygotowań odpowiadałam jedną frazą. "Przecież jest jeszcze tyle czasu!" ucinało wszystkie niepotrzebne dyskusje. Niestety owa odpowiedź nie okazała się ponadczasowa i w pewnym momencie przestała być po prostu prawdziwa. Gdy w grudniu zdałam sobie sprawę, że "wielki dzień" nastąpi już za nieco ponad 6 miesięcy, zaczęłam odczuwać lekki niepokój. W zasadzie na pół roku przed ślubem nasza lista zamykała się na sali, fotografie, dj'u i kościele. Niezbyt pokaźna lista... Nadszedł więc czas, aby działać. Bez dwóch zdań i ani jednego zająknięcia!

   Postanowiłam zacząć od pozycji, wydawałoby się, najprzyjemniejszej. No bo w końcu która z nas nie lubi kupować ciuchów? A zakup sukni musi być przecież nad wyraz przyjemny. Oczyma mojej nieprzeciętnej wyobraźni widziałam eleganckie salony, w których byłabym w danej chwili najważniejsza i suknie, w których wyglądałabym po prostu pięknie. Widziałam siebie w cudnej sukni, od razu z piękną fryzurą i makijażem (choć nie do końca wiem, jak to możliwe) i z szampanem w ręku, głowiącą się, czy wybrać suknię piękniejszą czy tylko piękną. Ot, takie proste, kobiece marzenie. Okazało się jednak zbyt amerykańskie i nie miało większego związku z rzeczywistością. Nie wiem jak dla Was, drogie przyszłe, aktualne lub przeszłe Panny Młode, ale mierzenie sukien ślubnych okazało się być dla mnie prawie traumatycznym przeżyciem. 


   Przede wszystkim zawiodły mnie niektóre salony. Naprawdę wierzyłam w to, że w momencie przymiarek salon jest dla mnie zamykany, a moje potrzeby zostają wzniesione na piedestał. Okazało się jednak, że w momencie gdy nie dysponuję czasem wolnym na tygodniu i muszę umawiać się na soboty, czas w salonach należy dzielić na różne przyszłe Panny Młode. Ogólne więc zamieszanie, nerwowe spoglądanie ekspedientek na zegarek oraz ciekawskie spojrzenia przyjaciół i bliskich innych młodych dam nie tworzyły zbyt komfortowej sytuacji. Na piedestał wznosiłam się więc jedynie ja sama, dosłownie i to w sukniach, które najczęściej nie miały nic wspólnego z obrazami z moich marzeń...

   Panie ekspedientki niestety również nie zawsze zachęcały do działania. Nie mówię nawet o nieprawdziwych komplementach, no w końcu może komuś podoba się słyszeć, że wygląda pięknie mimo biustu wylewającego się znad zbyt obcisłego, upstrzonego cekinami gorsetu, które dodaje jeszcze kilka kilogramów. No bo w końcu, czego nie? Mnie najbardziej jednak zmierziło, zmroziło i zmęczyło, gdy w jednym z salonów, po przymiarce zaledwie trzech podobnych do siebie modeli, w których prezentowałam się po prostu źle, usłyszałam, że zwyczajnie "na razie nic dla mnie nie mają". Smutne i mało zachęcające do powrotu... 


   Najsmutniejsze było jednak zderzenie się rzeczywistości z wyobrażenie o tym, co miało mi pasować. Suknie, które wydawały się być ucieleśnieniem moich marzeń, sprawiały, że czułam się gruba, brzydka i zupełnie niewyjątkowa. Piękne koronki dodawały mi lat, delikatne warstwy tiulu - kilogramów, a zdobienia - nie wnosiły nic, prócz niesmaku. Dlatego do tej pory tak ciężko mi uwierzyć, że znalazłam tą jedyną. A stało się tak jedynie dlatego, że życzliwa pani sprzedająca (tak, takie na szczęście też się trafiają!) podsunęła mi ją pod nos. Ja, widząc ją w katalogu, przerzuciłam stronę z ironicznym wręcz uśmiechem na ustach i myślą "kto wybiera takie suknie?". Sama nigdy nie zdecydowałabym się nawet jej przymierzyć. Co prawda finalnie nie rozpłakałam się ze wzruszenia i nie krzyknęłam na całe gardło "Tak, to jest moja suknia!", ale wreszcie poczułam się dobrze. Wyglądałam jak ja, nic nie krępowało moich ruchów i po prostu wiedziałam, że to dobry wybór.

   Ostatecznie więc zwycięska suknia nie ma nic wspólnego z suknią wymarzoną. Warstwy tiulu zastąpiła jedna warstwa dopasowanego do figury materiału, zakończonego pięknym trenem, a zabudowana, koronkowa góra z długim rękawem zamienił się w prosty gorset przykryty jedynie luźnym, koronkowym bolerkiem. Jej prostota zaskoczyła nawet mnie samą, ale może o to właśnie chodzi? Nie odradzam Wam, aby marzyć, wyobrażać sobie i szukać inspiracji, bo warto wiedzieć czego chcemy. Nie zmienia to jednak faktu, że powinnyśmy też otwierać się na nowości, których nie brałyśmy pod uwagę, bo jak widać na moim przykładzie - nigdy nic nie wiadomo.


   A jak, Drogie Koleżanki, było z Waszymi ślubnymi strojami? Bardzo chętnie poznam Wasze historie i dowiem się czy tylko ja jestem tak wybredną istotą :)

7 komentarzy:

  1. Mnie sie udalo znaleźć fajny salon i idealną sukienkę bardzo szybko,ale moze dlatego,ze dokladnie wiedzialam czego chcę, w czym bede sie czula dobrze☺ a w ogole, to kazda Panna Młoda jest piękna ☺

    OdpowiedzUsuń
  2. nie zazdroszczę doświadczeń. Faktycznie, słysząc o wybieraniu sukni ślubnej na myśl przychodzą same pozytywne skojarzenia :) dla mnie na razie jest to temat bardzo odległy, aczkolwiek wyobraź sobie, co będę przeżywać ja w takich salonach- osoba, która nie lubi zakupów i nie cierpi przymiarek :p
    pozdrawiam
    http://zyciejakpomarancze.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja już na szczęście mam swoją wymarzoną :). Pierwszą przymiarkę mam dopiero w lipcu, już nie mogę się doczekać :D.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne suknie! Obym ja znalazła bez żadnych problemów :)
    sensiblees.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniałe suknie. Może kiedyś i ja taka założę :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystkie sukienki są piękne, nie mogę oderwać wzroku :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawienie śladu po sobie. Z przyjemnością czytam każdą z Waszych opinii. Jestem szczerze zainteresowana tym co macie do powiedzenia i z równie szczerym zainteresowaniem odwiedzam blogi osób, które znalazły coś ciekawego u mnie. Zapraszam ponownie :)