Jesień, wbrew swej barwnej niewinności, potrafi wywołać burzę. I nie chodzi o burzę z piorunami, która jest niepodważalną domeną lata. Potrafi po prostu (z)burzyć harmonię nawet najzgodniejszego duetu. Mowa oczywiście o relacji modelka-fotograf, którzy przecież muszą współdziałać w pełnym porozumieniu, aby stworzyć wyjątkowe dzieło. Jak jednak niepozorna i niebędąca wybitną modelką dziewczyna może wygrać z urokami panny jesieni? Nie może! Dlatego też zostaje odsunięta na dalszy plan na korzyść niezwykłych, jesiennych kształtów. A co najdziwniejsze, dziewczyna wcale nie chowa urazy, bo przegrana z taką przeciwniczką wcale porażką nie jest. Można czuć lekką zazdrość dla niezwykłych, modelingowych zdolności jesieni, ale po obejrzeniu efektów znikają wszelkie negatywne uczucia - jesień jest piękna! I nie jest tylko pięknym dodatkiem. To ona króluje na zdjęciach, a dziewczyna tworzy dla niej tło i do tego dość marne. Na szczęście idzie zima, a na tle szarych ulic, łatwiej odzyskać blask. Na razie jednak o zimie sza! a do podziwiania pięknej, jesiennej uczty zapraszam serdecznie, bo ta pani naprawdę urzeka!
niedziela, 26 października 2014
środa, 22 października 2014
Trauma, która nie wywołała we mnie traumy!
5/5 świetna!
Uleganie promocjom nie jest moją słabością. Raczej racjonalnie podchodzę do tego typu okazji, jednak ta zasada zdecydowanie nie dotyczy książek. Dlatego, gdy pewien czas temu Empik kusił promocją trzy w cenie dwóch, wpadłam w szał zakupów i... nie mogłam nic wybrać. Było tak wiele książek, którymi chciałam się zaciągnąć i w których chciałam się pogrążyć, że ostatecznie wybrałam trzy przypadkowe, które na liście pt. "Muszę, chcę i pragnę przeczytać" nie tylko nie górowały, ale nawet nie widniały. Wśród wybrańców pojawiła się również przypadkowo pochwycona Trauma duetu Erik Axl Sund i to do tego druga część tej serii. Nie mam w zwyczaju czytać od końca, ani nawet od środka, a jednak się skusiłam i decyzji nie pożałowałam.
niedziela, 12 października 2014
Jesienna zieleń!
Zakup spodni to dla mnie istna tortura, bardziej przypominająca przeprawę przez tropikalną dżungle, niż radosne pląsanie w galerii handlowej. Zwłaszcza gdy zmierzam do centrum rozpusty z bardzo konkretnym zamiarem zaopatrzenia się jedynie i wyłącznie właśnie w tę część garderoby. I choć naprawdę nie dysponuję pakietem wygórowanych wymagań, po
długich godzinach powiększającej się rozpaczy, tysiącach przemierzonym
kilometrów oraz setkach naciągniętych na siebie nieodpowiednich pantalonów, wychodzę załamana i co najgorsze, z
pustymi rękami. Wówczas dochodzę do wniosku, że dzieło Matki Natury pozostaje w niezmiennej sprzeczności z wizjami projektantów tworzących dla sieciówek. Bo jak spodnie jednej długości mogą pasować na krasnala moich rozmiarów jak i na rasową koszykarkę? Jak dziewczyna, która cieszy się gabarytami Kim Kardashian ma znaleźć jeansy, które zechcą otulać nie tylko jej pokaźne siedzenie, ale także i talię? A co ma począć tak biedna istota jak ja, będąca uosobieniem obu tych przypadłości? Odpowiedź jest smutna i krótka - może liczyć jedynie na przypadek. I choć nawet i przypadek nie gwarantuje satysfakcji, tym razem niebiosa zlitowały się nade mną. Znalazłam spodnie! Dobre spodnie! Z radości, aż zaniemówiłam. Zostawiam Was więc bez słów, ale ze zdjęciami. Miłego więc!
niedziela, 5 października 2014
"Coś pożyczonego" Emily Giffin, czyli do trzech razy sztuka.
5/5 świetna!
Nie, wcale nie doznajecie swoistego deja vu. Niezaprzeczalną prawdą jest, że od miesiąca czytam, mówię i piszę głównie o Emily Giffin. Zaczęło się od Pewnego dnia, następnie był Ten jedyny, a przygoda z każdą z tych książek wiązała się ze skrajnie odmiennymi emocjami. Te spotkania z książką przypominały szaleńczą, acz zmysłową jazdę na karuzeli - raz euforycznie królowałam szczęśliwa w górze, by już za chwilę spadać, z wyrazem rozczarowania a nawet znudzenia na twarzy. Na szczęście jednak, po ogromnym rozczarowaniu jakim był dla mnie Ten jedyny, sięgnęłam po kolejne twory tej autorki i znów odczułam znajomą błogość, radość i spokój, które towarzyszą mi w czasie przygody z dobrą, kobiecą literaturą.
Kolejne dziecko Emily, czyli Coś pożyczonego, zaabsorbowało mnie całkowicie. Zaangażowałam się bez pamięci w ten trudny świat i miłosne dylematy głównej bohaterki, które naprawdę nie należą do najłatwiejszych. Ciężko
nawet wyobrazić sobie jak czuje się kobieta, która pewnego ranka budzi
się u boku narzeczonego swojej najlepszej przyjaciółki. A jeśli do tego
okazuje się, że oboje są w sobie zakochani od wielu lat? Jak należy postąpić w tej sytuacji? Czy wybrać wielką miłość, czy wieloletnią przyjaźń?
piątek, 26 września 2014
Nocna odsłona czerwonej pomarańczy.
Otwieram oczy, zamykam, przecieram, robię zeza i w dalszym ciągu nie dowierzam temu co dostrzegam zza moich pokaźnych rozmiarów szkieł. Widzę niewiastę w butach na wygodnym obcasie i koszuli barwy dojrzałych, czerwonych pomarańczy i myślę - to nie mój świat. Lustruję ją dokładniej i dalej nie potrafię dostrzec w niej siebie. I wcale nie chodzi o obcasy, które w harmonijnej zgodzie z moimi stopami żyją jedynie w pracy i od święta, a bardziej o pomarańcze, które zdecydowanie chętniej konsumuję niż ubieram. Kolor ten nigdy jeszcze nie zagościł w mojej szafie. I choć coraz częściej ujawniam moją szaleńczo dziką naturę decydując się na zakup rzeczy odbiegających kolorystycznie od nieśmiertelnej czerni i bieli, pomarańcz jeszcze nigdy mnie nie uwiódł. Aż do ostatniego razu. Pełna sprzecznych uczuć, krytycznym okiem długo kontemplowałam swoje odbicie w lustrze, by wreszcie jednoznacznie stwierdzić, że popadłam w pomarańczowe szaleństwo. I choć nadal nie jestem pewna czy pomarańcz to mój kolor, to jednak poddałam się tej pokaźnej dawce soczystości i wcale nie zamierzam na jednym owocu poprzestać. Czekajcie więc na większą dawkę witamin!
sobota, 13 września 2014
Emily Giffin, "Ten jedyny" i oby jedyne rozczarowanie.
2/5 słaba
Kto czyta ten wie, że niedawno wychwalałam Emilię pod niebiosa. Pewnego dnia wpasowało się w moje dość wybredne gusta z niebywałą wręcz łatwością i prostotą. Tamte chwile spędzone z Emily Giffin należały do wyjątkowo przyjemnych, a moje chwalebne pieśni na ten temat możecie odnaleźć tutaj.
Nieziemsko więc zauroczona wybrałam następnie Tego jedynego. I bez zbędnie przydługich wstępów wyznam smutno, że rozczarowałam się okrutnie. Pokładałam w nim duże zapasy mojej nieco naiwnej nadziei. Liczyłam na kolejne zmysłowe uniesienia i chwile delikatnego szczęścia, a dostałam mecze futbolowe. W dużej ilości! I choć do futbolu ani w ogóle do sportu negatywnie nastawiona nie jestem, to jednak sięgając po kobiecą literaturę oczekuję nieco przyjemniejszych doznań. W tym przypadku zostałam jednak zaatakowana przez wylewający się w zasadzie z każdej strony futbolowy bełkot. Emili zaskoczyła mnie więc, a nawet znokautowała, a takich nieprzyjemnych niespodzianek nie lubię. Zaskoczeniem nie był natomiast finał historii miłosnej. Tego jednak krytykować zamiaru nie mam, bo właśnie prostych, przewidywalnych i szczęśliwych zakończeń w romansach należy się spodziewać. I choć może się wydawać, że optymizm przeze mnie nie przemawia, to nadal jestem szczerze zaciekawiona dalszą twórczością tej pani. Po tak obiecującym początku nie zniechęcę się przecież nadmiarem sportu! Odkładam więc na bok urazę, ocieram łzy rozczarowania i już uśmiecham się lekko sięgając po następną książkę.
środa, 3 września 2014
Słoik pełen landrynek!
Jednym z moich najmilszych dziecięcych wspomnień jest słoik pełen landrynek. Spędzając wakacje u babci, zawsze mogłam liczyć na łakocie, ale to właśnie słoik był szczególnie często przez babcię napełniany, ponieważ landrynki uwielbiałam najbardziej. Zwłaszcza te różowe. Do dzisiaj ten smak przywołuje przemiłe, ciepłe i pełne miłości wspomnienia. I choć różowy do preferowanych przeze mnie kolorów nie należy, to różowe landrynki kocham. I nawet określenie "różowa landrynka", na co dzień pejoratywne i wulgarne, kojarzy mi się wyjątkowo przyjemnie. Wcielając się jednak w landrynkową postać, postanowiłam ze słodyczą nie przesadzić i obok ukochanego smaku pojawił się też ten biały, migdałowy, którego jako dziecko szczerze nie znosiłam. Okazuje się jednak, że oba smaki tworzą wyjątkowo smakowitą kompozycję i sama nie mogę uwierzyć, że w takich barwach czuję się tak wyśmienicie. Jedząc nie można jednak za wiele mówić, dlatego krótko - zapraszam na ucztę! Smacznego!
niedziela, 31 sierpnia 2014
Seryjny morderca? To nie tak jak myślisz kotku!
Kocham thrillery. Ale nie te do oglądania, bo mam na takie wątpliwe przyjemności za słabe nerwy. Lubuję się jedynie w thriller'owych czytadłach. Jest to miłość nie do końca przeze mnie samą rozumiana, aczkolwiek prawdziwa, bezinteresowna i nad wyraz trwała. Kto czasem gości w moich skromnych, blogowych progach ten już wie o mojej chorej wręcz thriller'owej fascynacji, więc po co znów wzmiankować owy temat? A po to, aby ładnie rozpocząć jakże przyjemną rozprawę o seryjnych mordercach, a dokładniej o mitach krążących na ich temat. Dlaczego mitach? A dlatego, że większość tez, hipotez i innych teorii kojarzących się nam z panem biegającym z nożem za piękną, młodą panią jest po prostu przekłamanych.
sobota, 16 sierpnia 2014
Czy to piżama? Czy to dres? Nie! To super kombinezon!
Jestem bardzo wybrednym i rozważnym stworzeniem, aczkolwiek tylko kobietą. Każdy zakup analizuję pod licznymi aspektami, jednak w trakcie wyprzedaży tracę moją zwierzęcą czujność i dokonuję złych wyborów. W tym roku definitywnie zabroniłam sobie ulegania wyprzedażowym tentacjom. I wcale nie ma to związku z moim wygłodzonym ostatnimi czasy portfelem. Nie! Skądże znowu! To jedynie moja rozwaga i silna wola kierowały mnie właściwą ścieżką abstynencji. Wytrwałam większą część wakacji, aż wreszcie, wiedziona letnią nierozwagą, trafiłam do centrum pokusy przez innych zwanym centrum handlowym. I uległam. Ale jak nie ulec szaremu piżamo-dresowi, wiszącemu samotnie wśród utytłanych i sfatygowanych resztek tak zwanej kolekcji? W dodatku we właściwym rozmiarze i bez nawet najmniejszej plamki po podkładzie mierzącej go niegdyś niewiasty! Po prostu ideał, któremu nie można się oprzeć! I choć zdecydowanie nie jest to strój do pracy, to przecież po pracy też trzeba czasem pokazać się ludziom. Biurową elegancję ratują jednak okulary. Dzięki nim zachowuję wredność urzędniczki, księgowej, ewentualnie nauczycielki, więc moja wizja prezentowania "zestawów pracowych", choć trochę zostaje obroniona. Uf!
sobota, 9 sierpnia 2014
O Emily Giffin - kobiecie, która potrafi zadowolić kobiety!
5/5 świetna!
Krótki urlopowy wyjazd oraz późniejszy brak internetu połączył się z pożeraniem słowa pisanego. I o dziwo, nie pochłaniałam tylko thriller'ów! Miałam przyjemność wdać się w romans. Wyobraźcie sobie żar lejący się z błękitnego, bezchmurnego nieba, złociste Słońce, gorący koc na piaszczystej plaży - idealny klimat na takie spotkania. I choć w rzeczywistości słońce często kryło się za denerwująco obszernymi chmurami, piasek wprost spod dziecięcych stópek niezmordowanie wdzierał się w każdy otwór ciała, a romans nie był do końca romansem, a raczej kobiecą przygodą - my trwałyśmy nierozerwanie razem. Tak -ałyśmy, ponieważ ja i Emily Giffin zrozumiałyśmy się idealnie. Ona doskonale wiedziała czego ja potrzebuję, a i ja czytałam z niej, jak z otwartej książki. "Pewnego dnia", właśnie tak zaczęła się nasza przygoda...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









